Samiec Alfa, Beta, Gamma…

Każda osoba tańcząca tango z pewnością jednym tchem wymieni choćby kilka nazwisk związanych z muzyką i historią tanga. Może nawet zróbmy mały test: pierwsze trzy, które przychodzą Ci na myśl to..?

Pugliese? Di Sarli? Piazzolla? D’Arienzo? Troilo? Gardel? Może mniej znane, choć bardzo istotne: Discepolo, Manzi, Contursi… tak czy inaczej mamy do czynienia z facetami, artystami, muzykami, tekściarzami, tancerzami. Chociaż w historii tanga zapisało się kilka wybitnych kobiet, o czym obiecuję wkrótce napisać, dziś zajmiemy się panami. Nie będzie to jednak tylko wpis biograficzny o ich dokonaniach. Przyjrzymy się raczej męskiemu pierwiastkowi w tangu i jego faktycznej roli.

Wspomniany Discepolo mawiał, że tango to smutna myśl, którą można zatańczyć (tak, później śpiewało o tym polskie SDM). Kiedy spojrzymy na perspektywę męską u początków tanga w Buenos Aires, o czym pisałem w pierwszym artykule, zobaczymy wielką tęsknotę: za utraconą ojczyzną, za rodziną, więziami, najbliższymi, za kobietą – w znaczeniu nawet ogólnym – jej obecnością, spojrzeniem, dotykiem. Rzesza imigrantów zostawiła swoich w rodzinnym kraju w Europie, część z nich sprowadziła żony i dzieci w późniejszym czasie, inni na zawsze rozbili europejskie rodziny i wchodzili w związki z nowo spotkanymi w Buenos kobietami. Mogłoby się wydawać, że tango tańczone w zakazanych miejscach będzie w swoim charakterze brudną zabawą z paniami lekkich obyczajów, czymś niedozwolonym moralnie, przez co bardzo pociągającym, niemniej nigdy nie przedostanie się na salony i nie nabierze ogłady.

I tu na scenę wkraczają konkretni mężczyźni. Najpierw ci młodzi, z bogatych rodzin argentyńskich, którzy tango zawożą do Paryża, by tam na idealnym gruncie belle epoque spotkać się z przychylnością wyższych warstw społecznych. Za nimi do stolicy Francji przyjeżdżają pierwsi artyści – muzycy i nauczyciele tacy jak Alfredo Gobbi, Francisco Canaro, Angel Villoldo czy Casimiro Ain. To właśnie z Paryża dzięki ich działalności tango rozlewa się na cały ówczesny świat. W 1912 roku działa tu już około 100 szkół tanga (!) i to właśnie stąd przybywa ono rok później również nad Wisłę. W Buenos Aires, po triumfie europejskim, tango wchodzi na miejskie salony. W 1916 roku Carlos Gardel śpiewa pierwsze tango „mi noche triste”, a świat (i kobiety) szaleje na jego punkcie (i tanga i Gardela rzecz jasna). W 1921 tango pojawia się po raz pierwszy w Hollywood za sprawą amanta światowego kina Rudolfa Valentino. Później rozpocznie się jego Złota Era, która potrwa aż do obalenia rządów Juana Perona w latach 50′.

Mężczyźni. Czy to faktycznie oni stworzyli tango? Czy dzięki nim przybrało ono taki kształt, jaki znamy dzisiaj?

Wszyscy znamy CODIGOS, zasady, które obowiązują na milondze. Dotyczą one sposobu zachowania, proszenia do tańca, ubioru, poruszania się po parkiecie, higieny osobistej etc. Zdarzają się wpisy i artykuły o tym co wolno, czego nie, co się powinno i czego unikać. Spróbujmy jednak spojrzeć nieco głębiej, tam gdzie tli się coś więcej, niż tylko zewnętrzna forma i system zakazów i nakazów. Zajrzyjmy do wnętrza tanga, z męskiego (świadomego) punktu widzenia. Może wtedy przyjęcie tych ogólnie panujących zasad będzie po prostu czymś przyjemnym i naturalnym, wręcz oczywistym.

Wróćmy więc do tej tęsknoty, o której mówili pierwsi tangueros a później tekściarze zamieszczali w swoich wyjątkowych poezjach. Były one manifestem miłości, tej niespełnionej, ale wciąż z nadzieją. Gardel śpiewał w „el dia que me quieras” (dzień w którym mnie pokochasz) mniej więcej tak:

w dniu, w którym mnie pokochasz

osłodzi swoje struny 

śpiewający ptak,

rozkwitnie życie

i zniknie ból.

Faceci, którzy najpierw między sobą uczyli się tanga, by pójść do domu publicznego i poza wszystkim zatańczyć z jedną z kobiet, często ulegali ich wdziękom. Zakochiwali się nieszczęśliwie, wzdychając po kilku(nastu) do tej „jednej jedynej”. Niemniej sam fakt przebywania w bliskości fizycznej z kobietą, których była taka dysproporcja, sprawiało na moment poczucie spełnienia. A później zostawała pustka, brak, o której śpiewano w kolejnych tangach.

Zauważcie, to tęsknota za bliskością kobiety leży u podstaw tanga. Jakie to musiało być przeżycie, tańcząc to jedno tango, te trzy minuty w bliskim objęciu, jak czekało się na ten moment, jak się do niego przygotowywało, uczyło, jak się później tęskniło do następnego razu.

Wychodząc od tego momentu, chwili sam na sam z kobietą, rola męska – leadera w tangu jest jasna: ma się zaopiekować partnerką, która w jego objęciu czuje się bezpieczna, piękna i jedyna w swoim rodzaju. Dokładnie tak: kobietę w tangu mężczyzna traktuje z wyjątkową estymą. Jego zadaniem jest jej zaimponować, ALE nie SWOIM tańcem, tylko sposobem, w jaki proponuje jej ruch, swoją muzykalnością, dzięki której ONA może tańczyć muzykę, swoją improwizacją, gdzie jest zaskakiwana zmiennością rytmu, który sprawia, że to jedno tango jest wyjątkowe. Dlaczego to wszystko? Dla tego jednego spojrzenia, uśmiechu, puszczenia oka do partnera, który wie, że właśnie wydarzyła się MAGIA.

Dzisiaj na milongach, kiedy proporcje są dokładnie odwrotne, wydaje się to trudne do wyobrażenia. Często partnerki chętne i gotowe do tańca siedzą w rzędzie uśmiechając się do mniej licznych partnerów. I może się tak zdarzyć, że już nie potrzeba uczyć się „jeden od drugiego”, jak to historycznie miało miejsce, bo nie liczą się umiejętności, tylko sam fakt bycia samcem… bo znudzona siedzeniem partnerka już przeboleje, że facet za wiele nie umie, byleby tylko zatańczyła chociaż jedną tandę… a później zastanowi się dwa razy, czy w ogóle iść znów na tą milongę i czy w ogóle tango ma sens.

Żeby każde tango było WYJĄTKOWE, nie wystarczy po prostu być samcem, nawet samcem alfa. nie wystarczy umieć zrobić kanapkę i szarpnąć do boleo i gancho. Potrzeba raczej nieustannej, wytrwałej pracy nad własnym ruchem, nad techniką, wnikliwą analizą muzyki, osłuchaniem, otańczeniem i solidną dawką pokory. A kiedy umiesz już więcej od innych, kiedy wydaje Ci się, że jako Leader jesteś w pierwszej dziesiątce w swoim mieście (o ile taki ranking w ogóle istnieje i jest miarodajny), nie zapominaj, jaka jest Twoja rola w tangu. Nie jesteś celebrytą, który przychodzi na milongę jak sędzia na casting. Nie tańczysz dla siebie, nie tańczysz, żeby inni zobaczyli, jak (prawie) doskonały już jesteś. Zatańczysz tylko i wyłącznie wtedy, kiedy zaprosisz Tanguerę i to ONA SIĘ ZGODZI na taniec z Tobą. Poczuj się wtedy wyróżniony i spraw, by zapamiętała tą tandę na długo… pozytywnie 😉

Tanguery z pewnością przyklasną na takie słowa. A Wy, Panowie? Zniechęciłem Was? Myślę, że my faceci musimy przede wszystkim otworzyć głowy, zmienić myślenie o tangu i o naszej w nim roli. Jesteśmy tu dla nich – tych pięknych, wyjątkowych, doskonałych Tanguer.

I uwierzcie mi. To spojrzenie po tandzie, ten uśmiech, ten wzrok…. życzę Wam, żebyście tego doświadczyli. A jeśli już doświadczyliście… to nie muszę Was przekonywać 😉

POSŁOWIE
Ostatnim czasem na poznańskich milongach widać coraz więcej LEADEREK. Z jednej strony to cudownie, bo prowadzą naprawdę nieźle, a umiejętność tańczenia tanga po każdej ze stron jest nieoceniona i na wagę złota. 
Niemniej mam przy tym pewną refleksję. O ile motywacja, by poszerzać tangowe horyzonty jest zrozumiała, o tyle uczenie się leaderowania, bo faceci się nie starają to… to poważny sygnał dla nas, panowie. Nie, żeby się obrażać, tylko odwrotnie – wziąć się do roboty!

Casimiro Ain, jeden z pierwszych nauczycieli tanga, spopularyzował tango w Paryżu na początku XX wieku.

Rudolf Valentino jako pierwszy zatańczył tango w hollywoodzkiej produkcji (1921), w filmie pt „Czterech jeźdźców Apokalipsy”.

Carlos Gardel jako pierwszy w historii zaśpiewał tango, nadając mu głębię wyrazu. Pierwszym zaśpiewanym tangiem był utwór „Mi noche triste” (1916), moja smutna noc.

Wybitni kompozytorzy i przyjaciele. Juan D’Arienzo na spacerze z Francisco Canaro w centrum Buenos Aires.